Kilkanaście dni temu zamówiliśmy sobie z Gabcią kilka nowych książek w Księgarni Warszawa. Mają 20% taniej teraz, więc niewiele myśląc skorzystaliśmy z owej promocji. Niestety przesyłka wysłana 03.10 doszła dopiero 8.10 – no ale to już “zaleta” naszej poczty.
Oto więc tytuły książeczek jakie w najbliższym czasie będziemy z Gabikiem czytali:
Mam o tyle fajniej niźli Gabcia, że ona nie przeczyta 4 tytułów z tej listy bo nie lubi s-f ;-)
Normalnie uczta dla duszy się szykuje, żeby tylko znaleźć na to czas :( Z tym może być znacznie trudniej. Liczę jednak na to, że niedługo w tej kwestii sporo się zmieni i czas też się znajdzie. Przynajmniej czasem :)
Z racji braku czasu wynikającego ze zmiany pracy i przeprowadzką ciągle odkładałem przedstawienie Wam kolejnej książki s-f jaką przeczytałem. Tak więc skoro teraz tego czasu mam w nadmiarze postanowiłem nadrobić zaległości i zaprezentować książkę Johna Ringo (tutaj po Polsku) “Pieśń przed bitwą” otwierającą cykl “Dziedzictwo Aldenata”. Całość składa się z 6 tomów i muszę przyznać, że “Pieśń…” zachęciła mnie do sięgnięcia po resztę.
Książka ta wprowadza nas w świat pełen obcych ras, wojen i kosmicznej technologii. Ludzkość odkrywa, że nie jest sama, mało tego, to właśnie “ONI” nawiązują pierwszy kontakt i wychodzą z cienia informując Ziemian, że trwa międzygalaktyczna wojna. Czyli główny motyw rozruchowy książki jest dość oklepany. Mamy ufoludków “dobrych” i tych “złych”, którzy walczą ze sobą na śmierć i życie. Oczywiście ci “dobrzy” dostają łupnia od “złych” i wygląda na to, że nic nie jest w stanie pokonać “złych”. W tej sytuacji Obcy wyciągają swoją ostatnią mocną kartę, którą jesteśmy my. Dlaczego? Bo ludzie to drapieżcy, mordercy i nie boją się zabijania. Ba! z chęcią to robią i sprawia im to ogromną przyjemność i nieskrywaną frajdę. Wołają tylko o potężniejszą broń i z uśmiechem na ustach idą wyżynać kolejne żywe (i najlepiej myślące) istoty. W związku z tym są wymarzonymi kandydatami do obrony “dobrych” ufoludków przed “złymi” Posleenami.
Rozwinięcie...31 sie
Popełnił Marcin Radczuk w kategorii Religia
Przeczytałem ostatnio książkę biograficzną o Galileuszu. Napisana przez Emile Namer nosi tytuł „Sprawa Galileusza”. Egzemplarz, który jest w moim posiadaniu pochodzi z roku ’85 i wydany został przez Wydawnictwo Czytelnik.
Mimo, że książka swój wiek ma, czyta się ją niesamowicie dobrze. Okraszona ogromną ilością cytatów ze źródeł przenosi nas w czasy ówczesne Galileo – wielkiemu matematykowi królewskiemu. A czasy to niełatwe były dla ludzi nauki. Kościół, a w szczególności Święte Oficjum dbało o „czystość” myśli wszystkich sług swoich. Na swoje nieszczęście Galileo należał do tego zacnego grona. Sobór Trydencki pięknie zakończył okres swobód intelektualnych. Nasz bohater miał właśnie to nieszczęście, że urodził się w czasach po Soborze.
Czas jakiś temu w moim wpisie No i co z tym Bogiem? O trudzie dyskusji niejaki Michał uznał, że największe odkrycia naukowe miały miejsce właśnie w tych państwach, gdzie Kościół miał najwięcej do powiedzenia.
No cóż prawdą jest, że Galileusz żył w czasach, kiedy Kościół stanowił o polityce wielu ówczesnych państw, prawdą jest, że to właśnie w tych czasach Kopernik poczynił swoje odkrycia a Giordano Bruno spłonął na stosie za ich rozszerzenie. Pytanie tylko, czy te odkrycia były prowadzone pod patronatem Kościoła czy niejako wbrew niemu?
Rozwinięcie...