Przyznaję ze wstydem, że tę książkę przeczytałem kilka miesięcy temu i już nie za bardzo pamiętam co i jak :)
Pamiętam, że książka nie wywarła na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Ciekawy pomysł, fabuła nawet wciągająca, ale bohaterowie płytcy i niezbyt umiejętnie nakreśleni. Dlatego tak dłuuuugo nie mogłem się zabrać za napisanie tej recenzji. W zasadzie nie ma co recenzować za bardzo.
Ludzkość spotyka wyższe formy życia i okazuje się, że nasze istnienie nie wcale konieczne do istnienia Wszechświata. Obce cywilizacje są jak magicy, mogą manipulować materią w sposób dowolny a my możemy tylko patrzeć jak mrówki na pożar, który ogarnia ich las.
Oczywiście daje się odczuć – i to dość wyraźnie – wiek tej powieści. Opublikowana została w latach 60-tych, kiedy “moda” była trochę inna niż dziś. Wielkie katastrofy były towarem sprzedającym się najlepiej. I tutaj mamy wielką katastrofę. Niestety zabrakło werwy do opisania tych wszystkich potężnych kataklizmów. Tak jakby Autor oglądał je zza przyciemnianej szyby i tak, jakby nie dotyczyły one jego rasy tylko kogoś zupełnie obcego.
Myślę, że warto przeczytać tę książkę, chociażby po to, żeby zapoznać się z ciekawym pomysłem. Poznać także po części lata 60-te ubiegłego stulecia, które odcisnęły swoje piętno na fabule. Ja żadnych uniesień emocjonalnych nie doświadczyłem, aczkolwiek na pewno książka może kogoś zainteresować.





6 Odpowiedzi
GeedieZ
luty 9, 2007 at 09:06
1Leibera czytałem jedynie pierwszy tom przygów tego Farfyda czy innego Szarego Kocura. Czy jak tam oni mieli, nie pamiętam. Było to tak nudne i wtórne, ze nie zmogłem tego do końca i oceniłem 2/6. Wiem, że to niby Leiber zaczął pierwszy pisać takie powieści ale naprawdę nie moja to wina, że ja stworzyłem swój pierwowzór powieści fantasy na podsatwie czegoś innego. Gdybym był starszy i Leiber był wydany jako pierwszy a nie po x-latach to z pewnością by mi się bardziej podobało. A tak to jego książki stały się paradoksalnie synonimem wszystkiego co złe w fantastyce – wtórności i nużącego kopiowania pomysłów. Cóż, jak napisałem – trzeba było wcześniej go wydać drodzy wydawcy ;)
walth
luty 10, 2007 at 01:59
2Trudno się z tym nie godzić. U nas w ogóle Autor nieznany jest, ale tak jak stwierdziliśmy nie dlatego, że ukrywany diament, ale dlatego, że słaby w porównaniu z konkurencją.
GeedieZ
luty 14, 2007 at 03:33
3Ale ponoć wszyscy się właśnie na nim wzorowali. Niestety nie da się tego u nas sprawdzić ;) Za dużo już farby w drukarnaich poszło :)
walth
luty 14, 2007 at 06:23
4No też wyczytałem w Sieci, że to on wszystko zaczął, aczkolwiek tak średnio bym wagę do tego przykładał. No i tak na prawdę to, że ktoś się na kimś wzoruje nie oznacza, że wzorzec musi być zawsze lepszy od tego co z niego dobite zostanie.
Trochę to zagmatwane, ale chyba daje się zrozumieć? :D
GeedieZ
luty 18, 2007 at 07:52
5No czaję, ale właśnie mi się wydaje, że gdybym przeczytał najpierw – dajmy na to – pierwowzór wszystkich powieści z bohaterami łotrzyków o dobrym sercu, wtedy każdą kolejną książkę, której bohaterowie byliby podobni do tych z pierwowzoru, traktowałbym jako podróbkę. Tak więc być może jest to zarówno mój jak i tego pisarza pech, że najpierw wydano u nas coś innego. Mój pech – bo nigdy go już nie docenię, a jego pech bo nie kupię już więcej jego książek.
walth
luty 18, 2007 at 08:10
6A mi się wydaje, że nie do końca tak jest. Przychodzi mi tu na myśl fantastyka Gemmell. Wcześniej czytałem trochę innych książek opisujących średniowieczne bitwy i były to raczej niezłe książki, nie wiem czy pierwowzory, ale moje pierwsze o takiej tematyce. Trafiłem na Gemmella i pierwowzory, czy nie chowają się przy jego opisach oblężeń zamków itd. Po prostu koleś jest dobry i już, tak samo jak według mnie Fritzowi zabrakło tego czegoś. Aczkolwiek może na bezrybiu i rak ryba? :)
Wypowiedz się jeśli chcesz.