Wstęp.
Niejednokrotnie na tym blogasku pisałem niepochlebnie o religii, w szczególności o chrześcijaństwie, które z racji miejsca zamieszkania znam najlepiej. Czasami nawet zdarzało mi się wchodzić w dość rozwlekłe dyskusje z czytelnikami, chcącymi przekonać mnie, że się mylę. Kilka razy nawet zostałem wyzwany od idiotów itp.
Dyskutowanie z kimś o odmiennych poglądach uważam, za rzecz bardzo cenną i nie dbam o kolor skóry, religię czy preferencje seksualne mojego adwersarza. Niestety zazwyczaj, bardzo szybko okazuje się, że dyskusji nie będzie. Pomijam wyzwiska jakimi czasami dostałem w twarz (nie tylko na blogasku moim, ale na różnych katolickich, czy generalnie religijnych forach). Wyzwiska zawsze mnie informowały, że trafiałem celnie swoimi komentarzami i ludzie ze mną rozmawiający nie mieli na to kontrargumentów. Tak więc, nie wyzwiska kończyły często dyskusję. Szybko odkryłem co gasi każdą wymianę poglądów.
Fanatyzm.
Rozwinięcie.
Tak. Ta postawa zabija możliwość rozmowy i dyskutowania. Nie da się wymieniać poglądów z kimś, kto święcie WIERZY i na dodatek jeszcze twierdzi, że
Wiara to też wiedza… Ale BARDZO swoistego rodzaju. Bo ma być świadoma, także wybrana. A jeśli wybrana, to ze wszystkim konsekwencjami tej decyzji. Nawet tymi, które wydają się być niemodne, niewygodne czy nieżyciowe. Ale to temat na inną dyskusję.
Określenie BARDZO swoistego rodzaju wskazuje raczej na to, że osoba wypowiadająca tę myśl bardziej wierzy w jej prawdziwość niż wie, że ma rację. To tak jak z przymiotami Boga. Są takie, że nie sposób znaleźć dowodu na potwierdzenie Jego istnienia, lub obalenie tej hipotezy. Sprawdźmy jeszcze kawałek dalej cytowanego tekstu. Otóż mój adwersarz był łaskaw dodać, że owa wiara (będąca swoistego rodzaju wiedzą) musi być nie tylko świadoma, ale i wybrana. Czyli niejako pośrednio dostajemy tutaj uściślenie owego swoistego rodzaju tejże wiedzy. Swoistość jej polega na tym, że możemy wybrać to, co wiemy. Czyli gdyby matematyka była wiedzą swoistego rodzaju, można by było sobie wybrać ile to będzie 2+2, gdyby zaś fizyka należała do tego szlachetnego grona, mógłbym wiedzieć, że na przykład Słońce krąży wokół Ziemi. No i oczywiście gdyby geografia stała na tej samej półce co wiara – miałbym oczywisty i niepodważalny dowód iż Ziemia jest płaska! Oczywiście musiałbym ponieść wszystkie konsekwencje takich wyborów – jakiekolwiek by one były… Cóż, chyba nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Rozumiecie jednak co w tym śmierdzi?
Czy osoba, która wyraziła wyżej cytowaną myśl jest fanatykiem? Ciężko stwierdzić po kilku zaledwie komentarzach, ale przypuszczam, że nie pasowała by do owej osoby wikipedyczna definicja fanatyzmu. Jednak nazwanie wiary wiedzą bardzo specyficznego rodzaju powoduje, że nie umiem podjąć dalszej dyskusji, ponieważ nie mam się czego trzymać. Zabrano mi fundamenty, bez dania w zamian nowych, po których mój adwersarz chciałby się poruszać w tej dyskusji. Nie ma stałych, które moglibyśmy uznać, za punkty odniesienia. Jak się mam dogadać?
No właśnie. Człowiek wierzący nie może dogadać się w tych sprawach z kimś, kto chce dowodów i chce trzymać się metody naukowej.
Zakończenie.
Podsumowując więc powyższy tekst. Doszedłem do smutnego dla mnie wniosku. Nie ma sensu rozmawiać na tematy wiary :(. Nic z tego nie wyniknie. Nie przekonamy nikogo, a pisanie czy rozmawianie tylko z tymi, którzy już są przekonani do naszej sprawy jest mało stymulujące. Smutne to dla mnie dlatego, że uwielbiam tematykę religijną. Uwielbiam dociekać dlaczego ktoś woli wierzyć niż wiedzieć? Dlaczego skoro nie ma dowodów, i nigdy ich być nie może, ludzie idą na śmierć z imieniem Boga na ustach? Dlaczego w imię wiary, która w różnych zakątkach ziemi jest różna zabrania się czegoś ludziom, lub coś im nakazuje motywując to fundamentalnością owych nakazów i zakazów?
Skąd ja się mam teraz tego dowiedzieć, skoro nie ma sensu pytać tych, którzy w tym po uszy siedzą?
No nic, najprawdopodobniej nadal będę te swoje pytania im zadawał. Zbyt wiele frajdy mi to daje :-)
Postscriptum.
Żeby nie było aż tak strasznie smutno – jestem wierzący i muszę zadać kłam temu co tu napisałem. Otóż nieźle się sam ze sobą dogaduję ;-)
[Cytat pochodzi z komentarza do tego wpisu.]





2 Odpowiedzi
Lookanio
wrzesień 16, 2008 at 10:13
1Rozumiem, że tym postem zaczynasz cykl art. pt. porozmawiaj sam ze sobą? ;) Odnośnie (nie)przekonywania… bodajże Schopenhauer stwierdził, iż w takich fundamentalnych tematach nie przekonujemy rozmówcę lecz słuchaczy… (stąd np. popularność wszelkich paneli dyskusyjnych z politykami w tv; widział ktoś żeby któryś z nich wyszedł po takim programie z głową spuszczoną i słowami na ustach “masz rację”? Nigdy!). Zatem do roboty! Zobaczymy który z Was ma lepsze argumenty – Walth czy Walth ;)
waltharius
wrzesień 16, 2008 at 03:59
2Hehe, cały ten blog to jedno wielkie schizofreniczne gadanie ze sobą :) A z tym Schopenhauerem to całkiem słuszna uwaga. Szkoda tylko, że na blogasku nie ma słuchaczy ;-) I nie da się, przynajmniej tutaj, prezentować kilku stron tego samego medalu… Chociaż… pomyślę nad tym. Dzięki za komentarz.
Wypowiedz się jeśli chcesz.