Walth's World

Blondas poznaje świat

Szczęście chadza parami...

Zastanawialiście się czasami nad wydarzeniami jakie Was na co dzień spotykają? Nie mam tu na myśli jakiś wielkich spraw. Chodzi mi bardziej o takie codzienne błahostki, które albo irytują albo wywołują uśmiech radości na twarzy. Ja się ostatnio właśnie zastanawiałem – podczas powrotu z pracy do domu – nad tak zwaną złośliwością losu lub byciem w czepku urodzonym.

Od czego to zależy? Skąd się bierze fakt, bo to chyba jest fakt, że jedni są szczęśliwcami i wszystko czego się tkną im wychodzi, ale jest też spora grupa, tzw. pechowców, którzy zawsze trafiają do najdłuższej kolejki w sklepie, czy też to zawsze im się w praniu nowy sweter skurczy albo kartka ze ściągawką na klasówce z rękawa wypadnie. Oczywiście między tymi granicznymi przypadkami jest cała masa odcieni i barw – ludzi, którym częściej jest źle niż dobrze, lub tych, którzy więcej razy trafią bilą do łuzy niż chybią. W czym tkwi sekret?

Oczywiście nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie :)

Zacząłem jednak iść dalej tym tokiem rozumowania.

Otóż chyba wszystkim z nas zdarza się czasami, albo trochę częściej narzekać. Przeważnie psioczymy, że pogoda zła, że korki znowu w mieście i się do pracy spóźnimy, że ślisko, że… Długo by można wymieniać. Ergo, czy faktycznie narzekamy bo coś się kiepskiego dzieje, czy też jest kiepsko bo lubimy narzekać i wytwarzać wokół siebie negatywny obraz naszego świata?

Wierzę, że drugie podejście jest prawdziwsze. Czyli, że jesteśmy w stanie wpływać naszym narzekaniem lub radosnym podejściem, na to, co nas spotyka w życiu. (Oczywiście w pewnym zakresie) [To dlatego zazwyczaj kraje, w których religia rządzi społeczeństwem są najbardziej zacofane kulturowo i cywilizacyjnie a ich obywatele mają ciągły problem z namnażającymi się w kącie lepianek dziećmi, którym nie ma co do gęby włożyć, a te, w których odrzucono ogromny wpływ tejże religii mają się znacznie wygodniej. Nie wiem czy zauważyliście, ale ludzie, którzy są bardzo wierzący, najwięcej narzekają i mają najwięcej pretensji do otoczenia. Głównie, że nie jest tak, jak oni by chcieli. Zauważyliście to – czy to tylko ja taki uprzedzony jestem? Bo ja to widzę naprawdę często. To taka dygresja, której oprzeć się nie mogłem :) ].

Wiem, bo to już nawet nie jest wiara, co prawda bez naukowych doświadczeń laboratoryjnych, ale poprzez dość dokładną i wnikliwą obserwację życia, że optymistom rzadziej spadają cegły na głowę a deszcz pada częściej kiedy mają gdzie przed nim umknąć. Pesymistę natomiast wielokrotnie więcej razy ochlapie brudna woda wyrzucona spod kół autobusu lub częściej będzie stał na czerwonym. Mówcie co chcecie, ale nie wydaje mi się, żeby optymista był optymistą dlatego, że ma lepiej w życiu i jakieś aniołki go chronią bo się do nich codziennie modli. Pesymista też pesymistą nie jest bo akurat jest ateistą i w aniołki nie wierzy, albo PamBuk go ciężko doświadcza w tym życiu, żeby później mógł raju zasmakować. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że jednak dobrze nam lub źle w zależności od naszego nastawianie wewnętrznego, które to nastawienie jest kluczem do całokształtu emocjonalnego naszego codziennego zmagania się z oporną (lub nie) materią Wszechświata.

Polecam po testowanie na sobie pozytywnego i negatywnego podejścia do życia. Przez miesiąc albo lepiej tydzień, nastawiajmy się negatywnie do wszystkiego. Rano narzekajmy, jeszcze zanim z łóżka wstaniemy, że na pewno deszcz pada, albo nie ma wody w kranie czy też pasta do zębów na pewno się właśnie skończyła. A może maszynka do golenia się popsuła? Nie ważne, w tej zabawie chodzi o to żeby stając przed lustrem zawsze dostrzec, że mamy syfa na środku czoła, a włosy są tłuste najbardziej wtedy, kiedy nie ma czasu ich umyć. Łapiecie o co mi chodzi? Sądzę, że po tygodniu maszyneria się nakręci do tego stopnia, że nie będziemy musieli się już martwić wymyślaniem powodów do narzekania. Zawsze coś “ciekawego” stanie nam na drodze. Wszechświat po prostu zacznie spełniać nasze prośby.

W drugiej wersji ćwiczenia… Heh po około 15 minutach szukania nie udało mi się wymyślić ciekawych przykładów na pozytywne myślenia :) Chyba jestem pesymistą… Hehe :) Myślę jednak, że i bez przykładów dacie radę przeprowadzić na sobie to ćwiczenie ;-)

***
A właśnie! Czy ktoś w ogóle spróbował wykonać zadanie z lustrem, o którym pisałem tutaj? Założę się, że nikt :)

I tym optymistycznym akcentem zakończę ten, dość długi, wpis.

5 Odpowiedzi

  1. homikus

    listopad 28, 2007 at 01:06

    1

    Od zawsze jestem zdania, że nie istnieje coś takiego, jak szczęście (w sensie fuksa, losu) albo pech nie istnieją. Owszem, są to słowa jak każde inne i mają określone znaczenie, ale nie można tego generalizować mówieniem, że ktoś jest ogólnie pechowcem, albo szczęściarzem.
    I zgadzam się z Tobą w pełnej rozciągłości – wszystko zależy od nastawienia. Świat, każdą jego najdrobniejszą część, każdy najdrobniejszy aspekt życia, każde małe wydarzenie – wszystko to można widzieć w różnych barwach. I tylko od człowieka zależy, jak to widzi, bo nic mi tego mojego spojrzenia nie determinuje.
    Można się bezsilnie wściekać na kolejkę w supermarkecie… albo zdać sobie sprawę, że nic się z tym nie zrobi i po prostu spokojnie i bez destruktywnej złości poczekać na swoją kolej. Taki urok supermarketów.
    Można się bezsilnie wściekać na zachlapane przez jakiegoś chama kierowcę spodnie… albo podejść do sprawy spokojnie i uznać, że przecież od tego są proszki do prania i suszarka na to pranie. Pogoda nie sługa, uroki życia w mieście jesienią.
    I tak dalej, i tak dalej, przykłady można by mnożyć bez liku.
    Jest jeszcze jeden światopogląd, do którego ostatnio się zaczynam skłaniać, choć mój racjonalnie myślący umysł bardzo się broni. Coraz częściej zastanawiam się poważnie nad istnieniem czegoś, co buddyzm nazwał karmą. Nic w przyrodzie nie ginie, Natura w swym geniuszu wypracowała wspaniałą równowagę wśród swych dzieł. Może coś w tym jest? Może pozytywne nastawienie do świata, życie w zgodzie z nim zaprocentuje nagrodą w postaci przewagi dobrych rzeczy nad złymi? I odwrotnie. To oczywiście bardzo prymitywne ujęcie problemu, ale trza by się zbytnio rozpisywać, to temat na niemałą rozprawę.

    PS: Co do lustra – ja od lat stosuję inną metodę. Na początku było trudno… ale teraz jestem człowiekiem przynajmniej o pogodnych porankach. Nie jestem rannym ptaszkiem i nienawidzę wstawać o brzasku albo i wcześniej. Zawsze potrzebowałem minimum dwóch godzin, aby zszedł mi z twarzy grymas złości. Pewnego dnia powiedziałem sobie dość. Od następnego poranka, dzień w dzień zaraz po wstaniu z łóżka idę do lustra i szczerzę do siebie uzębienie. Tylko tyle. Humor zmienia się z miejsca. Jestem wszak pierwszą osobą, z którą sam się witam o poranku, więc chyba lepiej, żeby pierwsza twarz, jaką widzę, była uśmiechnięta i życzliwa, a nie nachmurzona i wściekła? Hm?
    Polecam ten sposób, to naprawdę pomaga! Wymaga jedynie odrobinę silnej woli na początku, przez kilka pierwszych dni czy tygodni. Ale potem, kiedy wejdzie w krew – poranki stają się nagle dużo, dużo pogodniejsze :]

  2. Adam Klimowski

    listopad 28, 2007 at 04:23

    2

    >> Nic w przyrodzie nie ginie, Natura w swym geniuszu wypracowała wspaniałą równowagę wśród swych dzieł. Może coś w tym jest?

    Coś w tym jest na pewno. Odkryłem to jakiś rok temu, w czasie powrotów z liceum do internatu. Po drodze działo się wiele rzeczy- małych i dużych. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że istnieje równowaga między “dobrymi” a “złymi” wydarzeniami- tylko należałoby uznać za nie nawet te najdrobniejsze: na przykład kamyk w bucie albo widok dzieci bawiących się na placu zabaw.

    Pomagało mi to wtedy, pomaga i teraz.

  3. Kasia

    listopad 28, 2007 at 11:23

    3

    dziś, widzę, dzień egzystencjalnych dywagacji… ja wzięłam udział w innej – o emocjonalnych daltonistach;)

  4. waltharius

    listopad 29, 2007 at 12:16

    4

    homikus – wcale nie uważam, że karmiczne podejście do świata jest prymitywne. Moim zdaniem przewyższa wszystko co wymyśliła religia katolicka czy muzułmańska. System wartości prezentowany przez buddyzm jest moi zdaniem znacznie lepiej dopasowany do rozwijającego się społeczeństwa i świata, niż inne “statyczne” religie.

    Oczywiście nastawienie do świata jest ważne, ale mi chodziło o coś jeszcze. A mianowicie gdzieś w tym całym wpisie starałem się postawić tezę, że mamy możliwości do bezpośredniego wpływania na wydarzenia w naszym otoczeniu. Na to, co powszechnie uznaje się za niepodlegające naszym wpływom. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę wolę innych ludzi i dzięki temu mamy to, co mamy :) Trochę to skomplikowany i chyba jest to kolejny ciekawy temat do rozwinięcia na łamach tego blogaska :D Heh ileż to ja już mam takich tematów…

  5. homikus

    listopad 29, 2007 at 01:39

    5

    Nie, nie, nie chodziło mi o to, że idea karmy jest prymitywna, ale o to, że moje jej ujęcie w powyższym komentarzu jest prymitywne, bo bardzo uogólniające i pobieżne. Bo jest to temat bardzo, bardzo rozległy i nie da się go wyczerpująco zawrzeć w dwóch zdaniach :]

Wypowiedz się jeśli chcesz.


Track with co.mments