Przeklinanie było swego czasu moim sporym utrapieniem. Pracując w firmie bukmacherskiej przeszedłem intensywny kurs masarski w rzucaniu mięsem, oraz ponad podstawowy poziom nauki łaciny. Gabcia niejednokrotnie załamywała ręce na moje słownictwo, a i ja sam pochylałem się nad tym problemem. Skutki tego były w zasadzie żadne. Jak mówi stare przysłowie:
Jeśli wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one.
Owszem, co jakiś czas udawało mi się zmniejszyć częstotliwość używania brzydkich słów, jednak nigdy nie znikały one całkowicie z mojego słownika, ani nie zwracałem na nie specjalnej uwagi. Otóż to, nie słyszałem ich ani w swoim najbliższym otoczeniu, ani w swoim własnym słownictwie. Byłem na nie głuchy i w ogóle nie przeszkadzały mi te specyficzne przecinki.
Odkąd odszedłem z owej firmy bukmacherskiej mój język uległ znacznemu złagodzeniu. Powoli i niepostrzeżenie (aczkolwiek Gabcia kilka razy zwróciła na to moją uwagę) łacina odeszła w zapomnienie. Teraz łapię się na tym, że słyszę przekleństwa tak w ustach innych osób jak i w swoich własnych. I wiecie co? Praktycznie nie przeklinam. Znowu mocne słowa stały się mocne, właśnie dlatego, że rzadko stosowane.
Szkoda, że nie udało mi się tego stanu osiągnąć na Nowolipkach i dopiero opuszczenie owej firmy pozwoliło mi poprawić jakość mojego języka. Szkoda, ale dobrze, że owa poprawa nastąpiła tak szybko po odejściu z B.





1 Odpowiedź
Kasia
listopad 12, 2007 at 06:51
1“Znowu mocne słowa stały się mocne, właśnie dlatego, że rzadko stosowane.”
mam dokładnie takie samo podejście do tej kwestii.
Wypowiedz się jeśli chcesz.